escort eskişehir escort izmit escort bursa escort ankara Antalya escort bayan
KAZBEK NA ANTYBIOTYKACH I ELBRUS W PIELUSZCE…

KAZBEK NA ANTYBIOTYKACH I ELBRUS W PIELUSZCE…

 

No tak. Tytuł relacji dużo mówi o tegorocznej wyprawie na Kaukaz. Pamiętacie, jak rok temu opowiadałam o pierwszym spotkaniu z Kazbekiem? Bałam się niepowodzenia, swojej słabości, wysokości – przecież nie bardzo wiedziałam, jak to jest na tak wysokiej górze. Mimo obaw poszło mi rewelacyjnie, ba, miałam nawet wrażenie, że na szczyt mogłabym wejść tyłem, jeśliby tylko przewodnik pozwolił. Wszystko zagrało tak jak powinno: kondycja, aklimatyzacja, samopoczucie, zdrowie, wreszcie energia, która kumulowała się we mnie chyba ze strachu przed nieznanym.

Pech chciał, że w tym razem zabrakło wielu czynników, które tak pięknie pchały mnie w 2017 r. Kondycja nieco gorsza, może i z powodu galopującej starości, ale bardziej obstawiam problemy z nogą (przez to bieganie kulało). Strach też już mnie nie prowadził, bo doskonale wiedziałam co mnie czeka. Jasne, że na ataku szczytowym adrenalina czaiła się pod skórą, nie buzowała jednak tak żarliwie jak za pierwszym razem. Do aklimatyzacji się nie czepiam, przebiegła wzorowo. Pretensje mam do zdrowia. To wszystko wina choroby! A zaczęło się na trekkingu w Tuszetii, gdzie złapała mnie jakaś parszywa infekcja i odczepić się zołza nie chciała. Po tygodniu łażenia w kaukaskich górach (mimo gorączki udało mi się wczłapać na dwie wysokie przełęcze – Atsuntę i Chaukhi), zeszliśmy wreszcie do cywilizacji, czyli do Stepantsmindy, znanej większości pod nazwą Kazbegi. Tam dostałam jakieś ruskie antybiotyki i cały set lekarstw, bo to, co przywiozłam z Polski, jakoś nie chciało postawić mnie na nogi.

W Kazbegi usiłowałam się podkurować, a tymczasem reszta grupy zwiedzała piękną Dolinę Truso. Widziałam Truso z twierdzą Zakagori już dwa razy i tylko dlatego mogłam na spokojnie odpuścić wycieczkę i zaszyć się pod kołderką na kwaterze. Jednakże wieczornej imprezy integracyjnej nie mogłam sobie darować. Żegnaliśmy tych, którzy przyjechali jedynie na trekking w Tuszetii, przywitaliśmy tych, co przyjechali specjalnie na Kazbek oraz Elbrus.

Czułam się fatalnie, miałam kaszel, byłam słaba, senna, zakatarzona. I przestraszona. Jak ja to wszystko zniosę? Pal licho ten Kazbek, najwyżej zrezygnuję, ale te noce w namiocie… Ewa załatwiła mi dodatkowy śpiwór, a ja robiłam sobie na noc termoforki (z butelek Nalgene) i – uprzedzając fakty – jakoś to poszło. W końcu jestem prawdziwym Mountain Freakiem i nie poddałam się bez walki.

TREKKING W TUSZETII  PRZEŁĘCZ CHAUKHI  KAZBEK PO RAZ PIERWSZY  KAZBEK – INFORMACJE PRAKTYCZNE  CO ZABRAĆ NA SWÓJ PIERWSZY PIĘCIOTYSIĘCZNIK?  TREKKING U STÓP KAZBEKU ORAZ GRUZIŃSKA TOSKANIA 

Kazbek z Kazbegi

Mkinwarcweri, czyli Lodowa Góra – tak miejscowi nazywają Kazbek

KAZBEK: (20 – 25 LIPCA 2018)

Wędrówkę zaczęliśmy tradycyjnie przy kościółku Cminda Sameba (2170 m), gdzie dojechaliśmy autami terenowymi. Po raz ostatni zobaczyłam to miejsce takim, jakie zapamiętałam z pierwszego wyjazdu do Gruzji. Gruzini wyasfaltowali w końcu drogę pod kościółek, a do tego zorganizowali wielki parking, rujnując krajobraz jednego z najbardziej rozpoznawalnych landmarków w kraju. Krążyły plotki o nowej drodze na wzgórze Gergeti, ale szczerze mówiąc, ja w nie nie wierzyłam. Już nie raz próbowano wyasfaltować drogę do Cmindy Sameby, lecz pod osłoną nocy asfalt znikał niczym kurczaki przed niehandlową niedzielą. Niektórym zależało, aby dojazd do atrakcji był utrudniony.

Zmiany zobaczę na własne gały już w sierpniu 2019, kiedy po raz trzeci zaatakuję Kazbek, a po raz pierwszy masyw Orcweri. Na wyprawę zorganizowaną wraz z Ewą i zaprzyjaźnioną agencją Mountain Freaks można śmiało dołączyć. Póki co mam stuprocentową skuteczność, więc szansa na szczytowanie jest spora! A jeśli ktoś szuka nieco łatwiejszego celu na lato, może jechać ze mną na trekking do Armenii lub Swanetii. Dla poszukiwaczy wyzwań też mamy coś ekstra – szczyt Tetnuldi lub Elbrus! Szczegóły poznasz w linku:

JEDŹ ZE MNĄ NA KAUKAZ – LATO 2019

 

Wróciwszy z dygresji do wątku… Drogę do Stacji Meteo, która pełni funkcję bazy pod Kazbekiem zrobiliśmy w dwa dni. Generalnie ten odcinek zajmuje około 6-8 godzin (w zależności od tempa i ciężaru plecaka), lecz my rozbijamy obozowisko w połowie drogi, w tzw. Saberdze (ok. 3100 m), dla zażycia lepszej aklimatyzacji. Od tejże wyprawy Saberdze kojarzy mi się wyłącznie z zabawą w literkę P. Przyjemne popisy przymuszają pobratymców pytajniki przedkładać przekonująco plus przedstawione problemy porozwiązywać. Przy pomocy P. Proste?

Całą trasę do Meteo udało się pokonać przy akompaniamencie stabilnej pogody, co bardzo szanuję. Zawsze drżę na myśl o wilgotnym śpiworze i przemoczonych gaciach. Troszkę popadało na lodowcu Gergeti, ale na dobre rozpadało się dopiero w samej bazie, dokładnie w trakcie rozstawiania namiotów. I tu się przyznam do wykorzystania chłopców, którym wjechałam na męską dumę, ambicję i wrażliwość. Pomogli koleżankom. Chwała naszym wybawcom!

Na aklimatyzację wyszliśmy na skały ponad Białą Kapliczką, czyli na wysokość ok. 4000 m. Po tej przebieżce wiedziałam już, że Kazbek mną potaśta. Zdecydowanie nie byłam w pełni sił, pomimo tego postanowiłam spróbować. Gdzieś tam z tyłu głowy kołatała mi myśl, że przecież zawsze można zawrócić, że już ten Kazbek mam w górskim portfolio i nie muszę włazić nań za wszelką cenę, że wreszcie nie będzie wstydem, jeśli nie dam rady. Choroba i antybiotyki to cholernie dobre wytłumaczenie w przypadku niepowodzenia.

Gdybać w tym temacie mogłabym jeszcze przez stron kilka, a życie i tak pokazało jasną ścieżkę. Kiedy ogarnęłam się już w namiocie, wmusiłam pęczniejącego w ustach liofila i stawiłam na zbiórkę z moją gruzińską paczką, dostałam to, czego było mi trzeba – energii i ochoty, a może nawet wiary, że znów uda się stanąć na wierzchołku Lodowej Góry! To w dużej mierze atmosfera, jaka panowała wśród grupy, to podniecenie, dreszczyk emocji, ekscytacja. I żywiołowe przemówienie Piotrka oraz Ani przed samym wyjściem. Z reguły nie lubię takich motywacyjnych gadek, ale tamtej gwieździstej nocy przekaz wdarł się pod kopułkę i nastroił bojowo do czekającej mnie próby. A więc do boju!

Ta sama góra, ta sama droga. Znani przewodnicy, znajomy wysiłek. A jednak wszystko było takie inne! Ileż szczegółów umknęło mi podczas pierwszego ataku na Kazbek! Tym razem byłam świadoma. WIDZIAŁAM każdy metr trasy, CZUŁAM każdy krok, WALCZYŁAM o każdy oddech, WYTRZYMAŁAM każdy podmuch lodowatego wiatru, PRZEZWYCIĘŻYŁAM potworne zmęczenie i osłabienie organizmu. ZAWALCZYŁAM o swoje. ZASŁUŻYŁAM na Kazbek. I mam nadzieję, że ta sztuka uda się po raz trzeci – być może będzie mi dane doświadczyć jeszcze innych przeżyć, albo chociaż zobaczyć panoramę ze szczytu.

Zejście nie było pozbawione wrażeń. Chociaż wypadałoby najpierw wspomnieć, że na szczyt wchodziliśmy w trudnych warunkach. Nie było tak zimno jak przed rokiem, ale wiatr świrował i chyba postawił sobie za punkt honoru, by pourywać łby wszystkim turystom. Wiało naprawdę srogo, tak, że ciężko było o oddech. Hej, mam lepsze unaocznienie! Zerwało mi z aparatu worek zapięty na zatrzask, a potem kostkę do mocowania statywu! W tych warunkach na szczyt weszło bodaj 5 zespołów, w tym 3 nasze. Reszta zaliczyła wycof.

Wracając do zejścia. Wiatr szybko przygonił chmurzyska, które szczelnie zakryły cały świat wokół. Momentalnie straciłam orientację, na łatwej niby drodze, którą poniekąd znałam. Lawirowaliśmy po usianym szczelinami zboczu, kierując się w stronę Plateau, wielkiego płaskowyżu wyznaczającego połowę podejścia pomiędzy bazą a szczytem. Tylko, gdzie do jasnej ciasnej jest Plateau? Niesamowite, jak szybko człowiek traci orientację w totalnym mleku. Z początku ufnie szłam za przewodnikiem, lecz z czasem stres narastał. Fatalnie się idzie nie widząc osoby, z którą jest się związanym liną, a zawieja w mgnieniu oka zaciera ślady. Szliśmy coraz wolniej, przewodnik coraz częściej zerkał na kompas, sprawdzał kijami śnieżne mosty. Piotrek, ostatni na linie, padał ze zmęczenia. Ja nie byłam lepsza. Kiedy nerwy zaczynały brać górę, zobaczyłam coś, co napełniło me serce nadzieją i upewniło, że jednak idziemy regulaminową trasą – żółty śnieg! Hell yeah, ludzie tu byli! 😀 Wiem, wiem, nie powinnam tracić wiary w przewodnika, przecież byliśmy pod opieką najlepszych speców od Kazbeku, niemniej jednak niedotleniony mózg płata różne figle.

Najlepsze były opowieści pozostałych zespołów z naszej grupy, już na bezpiecznym gruncie w kuchni Meteo. Okazało się, że my zeszliśmy całkiem szybko, natomiast inni utknęli w zadymce i mieli przygody. Choćby biedna Tosia, bodaj najmłodsza w ekipie, która wpadła do szczeliny po pas.

Prawdziwa impreza odbyła się już w Kazbegi. Tam to dopiero czacza się lała! Jakoś tak wyszło, że wycieczka „na miasto” na jednego dziękczynno-kazbeckiego szota skończyła na nie-pamiętam-już-ilu-flaszkach. Impreza trwała do późna, choć ja (po tym jak poszła mi zmęczeniowa jucha z nosa) musiałam zawinąć się nieco szybciej. Następnego dnia moja tuszecko-kazbecka paczka wracała do Polski, a ja jechałam na kolejną, jeszcze większą górę. Elbrus.

Cminda Sameba, Gruzja

Cminda Sameba, tu zaczynamy trekking najpierw do Saberdze, potem do Stacji Meteo.

Cminda Sameba, Gruzja

Wędrówki do Saberdze pozbawiona jest trudności

Alti Hut, Saberdze

Saberdze z widokiem na Kazbek. Widoczne na zdjęciu schronisko, to działające dopiero od tego sezonu Alti Hut. Pierwszą noc spędzamy w Saberdze, tyle że w namiotach.

Saberdze, droga do bazy pod Kazbekiem

Saberdze. Ponad obozowiskiem można łapać zasięg, dokładnie przy tym głazie. 😀

Saberdze, w drodze na Kazbek

Pierwszy obóz (Saberdze, 3100 m).
Na zdjęciu Arek oraz Piotrek z kanału Gdzie Bądź.

Saberdze, z widokiem na Kazbek

Poranek przyniósł nam widoki na Kazbek, z czasem pogoda siadła. Tego dnia przeszliśmy przez lodowiec Gergeti do bazy pod Kazbekiem, gdzie rozstawiliśmy drugi obóz.

Stacja Meteo

W bazie Meteo, gdzie życie toczy się wokół żarcia i picia.

Meteostacja pod Kazbekiem

Stacja Meteo. Po lewej masyw Orcweri, po prawej Kazbek.

Meteo pod Kazbekiem

Generalnie pogodę w bazie mieliśmy trudną – deszcz, śnieg, gradobicie, burze porywisty wiatr. Na szczęście przychodziły też takie rozpogodzenia! Krótkie , ale treściwe.
Na pierwszym planie lodowiec Gergeti, który trzeba pokonać w drodze do Meteo.

Baza Meteo pod Kazbekiem

Baza pod Kazbekiem

Baza pod Kazbekiem

Orcweri, droga na Kazbek

To już z ataku szczytowego na Kazbek. Masyw Orcweri, który spróbuję zdobyć w sierpniu 2019.

Wejście na Kazbek

Lekkie wypłaszczenie przed podejściem na Plateau.
Fot. Ania Gryta

Wejście na Kazbek

Ledwo żeśmy to Plateau osiągnęli i warunki zdechły. Przed nami najbardziej wymagająca część ataku szczytowego.

Droga na Kazbek

Kazbek wejście

Przełęcz pod szczytem i sam Kazbek w chmurach.
Fot. Ania Gryta

Kazbek (5047 m)

Udało się! Drugi raz na szczycie Kazbeku (5047 m)!
Choć tym razem kosztowało mnie to znacznie więcej wysiłku. Zresztą widać po twarzy. 😛

Kazbek

My już schodzimy, a nasz trzeci zespół właśnie szczytuje.

Podejście na Kazbek

Zejście do Plateau, którego nie widać. Linii horyzontu też nie widać. Po chwili nic nie było widać.

Zejście z Kazbeku

Zejście do bazy

Baza pod Kazbekiem

Ania walczy z naszym namiotem. Złożenie go przy silnym wietrze nie jest łatwe. 😀

Kazbek

Zdobywcy Lodowej Góry z 24 lipca 2018.

Wyprawa na Kazbek

Z moją współlokatorką Anią pod Kazbekiem.

Wyprawa na Kazbek

Schodzimy z lodowca. Miny wesołe, bo w Kazbegi czeka nagroda. 😛

Wyprawa do Gruzji

Mariusz ogarnia stałego bywalca Meteo. Pieseł towarzyszył nam aż do cerkwi.

 Kazbek, Gruzja

Tuszecka ekipa, zdobywcy Kazbeku, po dobrze wykonanej robocie. Zaraz idą na szota. 😀
Od lewej: Daria, ja, Grzesio, Ania, w dole Arek i Piotrek.

ELBRUS (26 – 31 LIPCA 2018)

Nie da się opisać słowami tego, co dzieje się na granicy gruzińsko-rosyjskiej. Latający Cyrk Monty Pythona nie wymyśliłby lepszego skeczu, aczkolwiek z wielką przyjemnością obejrzałabym zmagania Erica Idle, Johna Cleese’a i reszty bandy w tej absurdalnej jeździe ku Federacji… Jedyne oficjalne przejście graniczne (Verkhny Lars) znajduje się tuż za Kazbegi. Dotrzemy tam słynną Gruzińską Drogą Wojenną, łączącą Kaukaz Południowy z Północnym. Trasa jest niezwykle malownicza, wiedzie z Tbilisi przez Przełęcz Krzyżową (2379 m), Kazbegi oraz Wąwóz Darialski do Władykaukazu i liczy sobie ponad 200 km długości. Na granicy tworzą się monstrualne korki i jeśli grzecznie staniesz w kolejce to odstoisz swoje – nawet kilkanaście godzin! My, u szczytu sezonu turystycznego, wpakowaliśmy się w gigantyczną kolejkę i dałabym sobie rękę uciąć, że tkwilibyśmy w niej po dziś dzień, gdyby nie nasz kierowca – Gruzin o ułańskiej fantazji, okrzyknięty przez nas Miśkiem. Bez bicia przyznam, że nie umiem wyrazić słowami, czy chociaż zgrabnie naszkicować, co też ten nasz Misiek wyczyniał. Wyprzedzał sznury aut pasem awaryjnym; organizował komitety kolejkowe, by wspólnymi siłami wcinać się gdzieś pomiędzy inne auta; zawierał przyjaźnie, mające na celu chronić go przed wkurzonymi kierowcami; uciekał przed służbami rosyjskimi (tropiącymi takich właśnie niesubordynowanych Miśków) i chował się w rowie za tirami. Z rzadka denerwował się, gdy inni kierowcy grozili mu pięściami, większość konfliktów załatwiał z uśmiechem i z przypisanym mu wdziękiem. Ujechawszy kilometr czy dwa i wyprzedziwszy tym samym dziesiątki śmiertelników, grzecznie czekających w kolejce, wychodził z auta, przekonywał wszystkich wokół, że on ma prawo tu być, po czym znów ruszał ze swą szarżą i zabawa zaczynała się od nowa. Taki sport uprawiał. My tymczasem denerwowaliśmy się za niego, że zaraz służby zawrócą nas na samiuśki koniec gigantycznej kolejki! Zawrócili. Dwa razy. I to nie sami z siebie, a z inicjatywy pewnej baby, która postanowiła odesłać nas i inne auta uprawiające tę nietypową dyscyplinę sportową. Baba zapisywała sobie numery rejestracyjne, kładła się pod koła, waliła pięściami w maskę i czyniła cuda, by nikogo nie przepuścić. Ona też uprawiała sport, ale to Misiek był prawdziwym mistrzem. Odsyłany przez pograniczników potrafił zawrócić już kilka metrów dalej i na ich oczach (oraz oczach baby) znów wcisnąć się w kolejkę. Celnicy jakby sympatyzowali z Miśkiem (a może doceniali jego sportowe osiągnięcia?), a awanturującą się kobietę mieli po dziurki w nosie. Chyba woleli puścić Miśka dla świętego spokoju, lecz sabaka (jak mówił na nią Misiek) odpuścić nie umiała. W końcu jeden z celników wziął kobiecinę z pola rażenia, reszta w tym czasie przemaglowała Ewę sumiennie i finalnie nas puścili. Zarówno stresu, jak i śmiechu było co niemiara, ale trzeba Miśkowi oddać honor – marnieliśmy w aucie kilka godzin mniej. Przedstawiłam tutaj ułamek tego, co działo się na granicy. To jedna z tych sytuacji, którą należy doświadczyć na własnej skórze. Polecam, he he.

Do Azau dotarliśmy wieczorem. Azau jest małą osadą turystyczną u stóp Elbrusa, jakieś 3 km za miejscowością Terskol. Tu zaczyna się szlak na najwyższy szczyt Kaukazu, stąd ruszają kolejki na rozległy masyw, jest kilka knajp, straganów z pamiątkami oraz hoteli. W jednym z nich się zatrzymaliśmy (Antau Hotel). Jakaż to miła odmiana mieć ciepły dwuosobowy pokój z łazienką! W Meteostacji człowiek marzy o bieżącej wodzie i żyje nadzieją, iż kiedyś pozbędzie się z głowy widoku oraz zapachu tych wszystkich kup rozsianych po bazie. Pod Elbrusem można dostarczyć sobie odrobiny luksusu – niemal cała góra zagospodarowana jest pod kątem narciarzy, więc udogodnień nie brakuje. Z jednej strony to ogromny minus, wszak cała ta infrastruktura gryzie się z pojęciem wysokogórskiego wyzwania i szczerze mówiąc nie wygląda ani zgrabnie, ani ładnie, lecz dla kogoś zaaklimatyzowanego, kto planuje na Elbrusie szybką akcję, bardzo ułatwia sprawę.

Plan był taki, że po nocy spędzonej w hotelu mieliśmy wjechać kolejką na górę Czeget (by popatrzeć na cel, którego z Azau nie widać), a następnie wjechać do bazy pod Elbrusem i jeszcze tej samej nocy atakować szczyt. Nasza grupa przedłużyła sobie jednak pobyt w hotelu o jeden dzień – chcieliśmy odpocząć po podróży i zwiększyć szansę Karoliny na szczyt. Karolina miała słabszy dzień na Kazbeku, na szczyt nie weszła, więc przed akcją górską na Elbrusie musiała zadbać o aklimatyzację. Dodatkowy dzień ułatwił jej to zadanie i dał czas na regenerację.

W czasie, kiedy Karolina z mężem człapała w stronę Skał Pastuchowa (charakterystyczne skałki na zboczu Elbrusa, na wysokości ok. 4800 m), my mieliśmy tylko jedno zadanie: przespacerować się do Polany Czeget (ok. 4 km od Azau), wyjechać kolejką do najwyższej stacji i zdobyć Czeget – szczyt, który mierzy od 3461m do 3761m, w zależności od źródła, które spodoba się bardziej. To ostatnie i tak nam się nie udało. Hotel rozbestwił nas do tego stopnia, że ruszyliśmy dupska zbyt późno, by uskutecznić szczytowanie. Z górnej stacji na Czegecie podeszliśmy tylko na grań, popatrzeć na Elbrus. Niestety oba wierzchołki najwyższej kaukaskiej góry chowały się pod chmurami.

Kazbegi, Gruzja

Mariusz pomaga Miśkowi załadować bagaże. Jeszcze nie wiemy jak wytrawnym sportowcem jest Misiek.

Góra Czeget, widok na Elbrus

Elbrus z Czegetu

Wieczorem opracowaliśmy strategię akcji górskiej. Podzieliliśmy się na dwie grupy: jedna miała atakować szczyt ze schroniska Prijut (4100 m), druga zdecydowała się spać w okolicach beczek (ok. 3700 m) i skorzystać z pomocy ratraka. Maszyna miała nas wywieźć na Skały Pastuchowa (4800 m), co skracało podejście o ok. 3-4 godziny. W Rosji czułam się już lepiej niż w Gruzji, ale nie byłam do końca zdrowa, a już na pewno nie w pełni sił, toteż bez wahania zdecydowałam się na ratrak. Do ratrakowej grupy dołączyła Karolina, niepewna swojej aklimatyzacji po nieudanej próbie na Kazbeku, jej mąż Dan oraz Norbert, który jeszcze w Kazbegi został nominowany moim „padawanem”. Tuszecka ekipa zadbała, abym miała pomoc i wsparcie na Elbrusie, to jest zagroziła Norbertowi obdarciem ze skóry, jeśli ten nie zadba o osłabioną Tułaczkę na ostatnim etapie wyprawy. Tak więc Norbert wyboru za bardzo nie miał i musiał iść ze mną. Takiej wersji się trzymam. Towarzyszyła nam także para grotołazów: Kamil i Ania, choć dysponowali oni osobistym przewodnikiem i na szczyt włazili niezależnie od nas. Na piesze pokonacie całej trasy szarpnęła się Ania, dziewczę wyjątkowo mocne i stworzone do gór (rok temu zdobyła ze mną Kazbek), Mariusz, nasza dusza towarzystwa (poznaliśmy się wcześniej na Wintercampie) i Paweł, który realizował Koronę Ziemi.

Kolejnego dnia przystąpiliśmy w końcu do działania. Podjechaliśmy kolejką do bazy, rozlokowaliśmy się w naszym przytulnym baraku, ładowaliśmy w siebie kalorie oraz wodę i przygotowaliśmy sprzęt na atak szczytowy. Tak spędziłam 35 urodziny.

Umówiony na konkretną godzinę ratrak przyjechał z niemal godzinnym opóźnieniem. Rosjanin obsługujący maszynę postanowił zrekompensować nam stracony czas i bez pytania wywiózł wyżej, niż to było zaplanowane. Szacujemy, że gdzieś na wysokość ok. 5000 m. Nie byłam z tego faktu zadowolona, i tak czułam się źle, że zmuszona byłam skorzystać z podwózki, a tu właśnie obdarto moją górską dumę z kolejnych 200 metrów w pionie. Było minęło. Lecz jeśli ktoś myśli, że atakowanie szczytu z tej wysokości to pikuś i bułka z masłem, to grubo się myli. Oj grubo! Mozolne podejście na Elbrus zaczyna się tam, gdzie Kazbek się kończy. Wyraźnie odczuwałam brak tlenu i opadające z każdym krokiem siły. I choć trasa nie jest ani stroma, ani trudna, to wysysa energię z organizmu i osłabia. Czułam się jak bateria wystawiona na siarczysty mróz i siekący wiatr – momentalnie rozładowana. Tak działa zbyt mała ilość tlenu.

Jeśli wcześniej myślałam, że na Kazbeku pizga złem, to zrewidowałam ten pogląd na Elbrusie. Ewa uprzedzała, że będzie znaczniej zimniej i wietrzniej, dlatego ubrałam na siebie wszystkie warstwy, jakie przywlokłam ze sobą: na nogach getry, ocieplane spodnie plus spodnie membranowe, na górze bielizna, cienki polar, cienka puchówka, kurtka membranowa i porządna kurtka puchowa. W tym secie było mi dobrze. A pogodę mieliśmy przecież wymarzoną!

Na szczycie stanęłam około 8.25. I niech się pałują wszystkie osoby, które pisały mi (bądź będą pisać), że tak naprawdę nie zdobyłam szczytu, bo skorzystałam z ratraka. Jestem ciekawa, ilu z tych komentujących przeszło tygodniowy trekking na Kaukazie z gorączką i silną infekcją, po czym weszło na Kazbek na antybiotykach, by na koniec porwać się na Elbrus i wejść nań mimo głodu i braku energii (niestety choroba przytępiła i tak słaby apetyt, a organizm odrzucał niemal całe szturmżarcie, które miałam ze sobą). Ze względu na osłabienie nie mogłam atakować szczytu wraz z drugą grupą i narażać ich wszystkich na wycof. Uważam, że mimo tych wszystkich przeciwności byłam naprawdę dzielna i dałam radę, choć tak łatwo byłoby odpuścić. Brawo ja! No i kto wie, może będę miała kiedyś okazję powtórzyć próbę na Elbrusie i wejść na wierzchołek, jak babcia przykazała. 😀

Cała akcja górska trwała zaledwie 7 i pół godziny, ale muszę przyznać, że schodzenie szło mi wyjątkowo sprawnie i szybko (w tę stronę już bez ratraka). Po prostu z każdym krokiem w dół czułam się lepiej i mocniej. Pomogła też kanapka z Nutellą, którą dostałam od Dana. Wmusiłam w siebie jedynie połowę, ale to i tak był ogrom żarcia – na wysokości ciężko przełknąć nawet ulubiony batonik. Po zejściu do baraków spakowaliśmy manatki i od razu zjechaliśmy kolejką do naszego hotelu w Azau. Mówiłam, że na Elbrusie można zrobić szybką akcję!

Wyprawa na Elbrus

Niektórzy stwierdzili, że japonki przydadzą się na Elbrusie 😛

Pod Elbrusem

Ze stacji pośredniej kolejki…

Baza pod Elbrusem

Mało kto rozkłada namiot pod Elbrusem. Większość korzysta z bogatej bazy noclegowej. Można spać w schronisku, beczkach, kontenerach, domkach i tylko Putin wie, gdzie jeszcze.

Baza pod Elbrusem

Schodzimy do przydzielonego domku. Tego typu „osad” jest pod Elbrusem od groma. Są porozrzucane na sporej przestrzeni i różnych wysokościach.

Pod Elbrusem

W bazie można znaleźć przeróżne rzeczy. Ja znalazłam stół i uznałam go za wybitny rekwizyt w lansiarskiej sesji.

Wyprawa na Elbrus

Na górze naszego domku działała jadalnia. Można było tam kupić piwko, zupę i inne smakołyki, w przeciwieństwie do bazy pod Kazbekiem, gdzie nie można nic kupić.

Beczki na Elbrusie

Słynne beczki po paliwie pełnią funkcję schroniska

Baza pod Elbrusem

Panorama z bazy

Wyprawa na Elbrus

Tak się Mariusz cieszył na atak szczytowy 😀
Fot. Ania Gryta

Wyprawa na Elbrus

Dan chyba wolałby iść, ale dzielnie towarzyszył żonie na ratraku 😀
W oddali Elbrus w pierwszych promieniach dnia.

Droga na Elbrus

Trekking ponad chmurami. Love it!

Wyprawa na Elbrus

Dostaliśmy karę za przejażdżkę – zmarzliśmy jak wędkarz w przeręblu.

Podejście na Elbrus

Pogoda wymarzona, prawda?

Kaukaz

Całe mrowie kaukaskich szczytów. Po lewej wyłania się charakterystyczna Uszba.

Podejście na Elbrus

Wydaje się płasko, ale na tej wysokości i przy tym wietrze łatwo nie jest. Za winklem podejście jest bardziej strome – tam też rozciągnięto poręczówki (przydatne ze względu na oszałamiający wiatr).

Podejście na Elbrus, Rosja

Zimowy Żołnierz

W drodze na Elbrus

W drodze wiało i pizgało, co zresztą widać.

Elbrus (5642 m)

Z małą pomocą, ale na Elbrus (5642 m) też udało się wejść!
Ciekawa jestem, czy lżej zniosłabym wysokość bez tego wcześniejszego chorowania. Bo Elbrus dał mi popalić.

Elbrus

Nawet wypłaszczenie pod szczytem zapierało i zabierało mi dech.

Uszba z Elbrusa

Uszba! Szczyt nie na moje progi, ale kolejnego lata popatrzę sobie z bliska. 🙂

Wyprawa na Kaukaz

A to nie wiem co 😉

Szlak na Elbrus

Z Karoliną. W dole widać już schronisko, ale nasz zespół musi zejść dużo niżej.

Schronisko Prijut, Elbrus

Schronisko Prijut

Wyprawa na Elbrus

Tułaczka z Elbrusem 😀
PS. Do bani się schodziło tą jedną wielką ciapą.

Elbrus

Z moim „padawanem” Norbertem.
Spisałeś się chłopie! Możesz spać spokojnie. 😀

Jestem jeszcze winna małe wyjaśnienie. Tak, weszłam na Elbrus w pieluszcze! I zdoiłam się w nią aż 3 razy. Wytrzymała. Na szatański pomysł wpadłam z obawy przed wystawianiem przeziębionego zadka na tak okrutne warunki atmosferyczne, zwłaszcza że samo ściąganie uprzęży i kolejnych warstw w rękawicach jest mocno upierdliwe. Postanowiłam ułatwić sobie życie i już teraz sprawdzić, jak będzie się żyło za kilkadziesiąt lat. Do akcji namówiłam jeszcze jedną niewiastę, lecz jej kosztowanie przyszłości poszło znacznie gorzej. Coś tam krzywo zapięła, coś tam nie dopasowało się tak jak powinno, a w rezultacie oglądaliśmy spektakl zdejmowania pieluchy na wysokości ponad 5000 metrów nad poziomem morza! Bezcenne. 😀

Uff, dotrwali wszyscy do końca? Powrót do Gruzji z Miśkiem był jeszcze bardziej ekscytujący i dłuższy niż jazda do Rosji. Do Kazbegi dotarliśmy krótko przed północą i od razu zostaliśmy oddelegowani na pożegnalną suprę i świętowanie sukcesu. Ostatniego dnia pojechaliśmy powłóczyć się po upalnym Tbilisi, a potem fru do domu.

Wyprawa na Elbrus

Sama nie wierzę, że to czynię…
Sławo, przybywaj! 😉

Elbrus (5642 m)

Zmęczeni, ale zasłużyli na piwo 5642!

Gruzińska czacza

CCC – czacza czyni cuda

Tbilisi, Gruzja

Tułaczka po Tbilisi.
Od lewej: Mariusz, Paweł, Karolina, Norbert, Ania i ja.

Dwa dni odsypiałam i dochodziłam do siebie po tej wyprawie. Na szczęście rekonwalescencję mogłam kontynuować nad polskim morzem. I mam świadka na to, że nie robiłam nic poza byczeniem się na plaży i spacerowaniem z pieskiem. To było miłe.

Wyprawa na Elbrus

Należało mi się!
A poza tym LIFE IS SIMPLE – Eat. Sleep. Climb Kazbek. 😀

Górskie pozdro,

Madzia / Wieczna Tułaczka

 

Wyprawa zorganizowana przez górską agencję Mountain Freaks:

                                                                                                 logo MF

 

Tu też jest fajnie:

Facebook Instagram

 

 

 

4 komentarze

  1. Hej Madzia! Pozazdrościć tylko determinacji. Jesteś bardzo dzielna i nie daj sobie wmówić, że Twoje osiągnięcie jest nic nie warte. Zmierzenie się z własnymi ograniczeniami i pokonanie samego siebie jest dużo trudniejsze niż walka z jakimkolwiek przeciwnikiem. Dałaś radę, oceniłaś własne słabości, zminimalizowałaś ryzyko korzystając z niedużej pomocy i wróciłaś bezpiecznie. Na dodatek szczerze i z humorem opisujesz środki jakimi się posłużyłaś do osiągnięcia celu. Zdobyte doświadczenia: bezcenne 🙂
    Życzę Ci serdecznie żebyś miała okazję wykorzystywać je przez długie lata tak w górach jak i na nizinach!!!
    A zazdrośnicy niech ruszą tyłek i sami zrobią coś ciekawego okupując to ciężką pracą (zamiast podbudowania własnej zajebistości za pomocą klasyfikowania i umniejszania osiągnięć innych)…
    Pozdrawiam
    Natalia

  2. Akapit dotyczący zdobycia lub nie zdobycia szczytu przypomina mi trochę klasykę polskiego internetu:

    Osoby: Nie weszłeś

    WT: Jestem hardkorem

  3. Czytając twój opis przyszła mi na myśl książka Okrutny szczyt J. Jordan, traktująca o kobiecych wejściach na K2, samodzielnych, w wielkiej chwale oraz z pomocą silnego mężczyzny, w mniejszej chwale mimo zdobyczy korony Himalajów; abstrahując, gratuluję determinacji i zrealizowaniu celu mimo choroby i niedostatku tlenu

  4. Czytając twój opis przyszła mi na myśl książka Okrutny szczyt J. Jordan, traktująca o kobiecych wejściach na K2, samodzielnych, w wielkiej chwale oraz z pomocą silnego mężczyzny; abstrahując, gratuluję determinacji i zrealizowaniu celu mimo choroby i niedostatku tlenu, jestem pełen uznania

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

*

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.