Wycieczka na zachód Europy, czyli pogoń za Goldim!

Wycieczka na zachód Europy, czyli pogoń za Goldim!

Postanowione! Jedziemy do Bad Mitterndorf na zawody skoków narciarskich na mamuciej skoczni Kulm i chcemy przy okazji zdobyć pamiątkowy autograf Andresa Goldbergera. Nastolatki to mają postrzelone pomysły! Nasza wycieczka była tak naprawdę naturalnym następstwem zakopiańskich zdarzeń, o których przeczytacie tutaj. Oczywiście rodzice w kwestii samego wyjazdu nie mieli za dużo do gadania, musieli liczyć na naszą wewnętrzną dojrzałość.

Nocna podróż pociągiem wlekła się niemiłosiernie, dobrze że chociaż czescy celnicy dostarczyli nam nieco rozrywki. Byli podejrzliwi niczym Profesor Snape, równie „sympatyczni” co Buka i gburowaci jak Grafi z Gumisiów – atrakcje gwarantowane. Oj tak, droga młodzieży, czasy paszportów, pieczątek i trzepania bagaży istniały również w Europie. Dla mnie Wrota Zachodu otworzyły się za sprawą celników, dla odmiany austriackich. Panowie najpierw przeprosili za zakłócanie nocnej podróży, potem spytali czy koledzy z Czech sprawdzili bagaże, bo jeśli tak to oni im ufają i nie będą przeprowadzać powtórnej kontroli, na koniec życzyli udanego pobytu.

Przez cały czas jazdy pociągiem wlepiałam nos w szybę: kurcze, nie ma żadnych śmieci przy torach, wszystko jest takie porządne i czyste!! Kto w latach 90-tych podróżował na zachód to na pewno zauważył przepaść, jaka istniała wtedy między Europą Zachodnią a Polską. Po pierwsze, wszędzie było czysto: na ulicach, w pociągu, przy torach – wszędzie! Po drugie, wszystko było zadbane i nawet jeśli mijaliśmy biedniejsze osiedla, to nie straszyły one szarością, odpadającym tynkiem czy ogólnym syfem na podwórzu. Po trzecie, wszystko było dobrze zorganizowane: dzięki czemu podróż dwóch nastolatek po obcym kraju nawet przez chwilę nie okazała się stresująca. Ogromne wiedeńskie dworce, są świetnie opisane, nie sposób się zgubić (co w Polsce nie było takie oczywiste), na każdej mijanej stacji było mnóstwo tablic i zawsze wiedziałyśmy, gdzie akurat się znajdujemy. Nieraz jadąc PKP przez Polskę, uświadczyłam takiej sytuacji, że pociąg stawał na jakimś zadupiastym dworcu i nie wiadomo było w jakiej mieścinie! Nigdzie żadnej tablicy, żadnej informacji, trzeba kuźwa znać wszystkie polskie dworce i rozpoznawać je chyba po chwastach na poboczu…

Austriacki pociąg również znacząco odbiegał od tego, do czego przyzwyczaiło nas PKP. Wszystko było czyste, okna się otwierały i nie były przy tym usyfione czy popisane. A toalety? Były takie jak powinny być, czyste, zaopatrzone w papier, wodę i mydło. Niby to oczywiste wyposażenie, ale wtedy w Polsce jedynym pewnym standardem była opadająca klapa…

Zostawmy podróż i przenieśmy się na zasypaną śniegiem stację Bad Mitterndorf. Musiałyśmy jakoś dostać się do pensjonatu. Zważywszy, że mieścina to niewielka, posiadająca 4 ulice na krzyż, to postanowiłyśmy pójść na piechotę. Szybko okazało się, że 4 ulice w górach, a 4 ulice na polskiej nizinnej wiosce to dwie różne sprawy. Nasza ulica nie dość, że była długa i stanowiła praktycznie całe osiedle z domkami porozrzucanymi na okolicznych wzgórzach, to jeszcze numeracja okazała się równie przewidywalna co „szóstka w lotto”. Nie będę zagłębiać się w szczegóły naszych kłótni, rzucania torbami i błąkania się po zasypanych śniegiem wzgórzach, najważniejsze, że w końcu udało się odnaleźć pensjonat – byłyśmy uratowane!!

Zadzwoniłyśmy do drzwi pensjonatu. Nasza gospodyni Rosie najpierw popatrzyła z politowaniem (czerwone, spocone mordy, mokre ubrania, ciężkie torby uwieszone na drobnych ramionkach), po czym wlała w nas powitalnego Schnappsa i opieprzyła, żeśmy po nią nie zatelefonowały z dworca: „Przecież ja bym po was pojechała!! Jesteście moimi gośćmi”!  To nie przyszło nam do głowy…

Taki widoczek miałyśmy z pokoju :)

Taki widoczek miałyśmy z pokoju :)

Prawda, że uroczy?

Prawda, że uroczy?

Schnapps był wstrętny, mocny i w mig postawił nas na nogi. Rosie szybko oprowadziła nas po pensjonacie, po czym wpakowała w auto: pokazała nam centrum miasteczka, wskazała sklep i przystanek busa, którym miałyśmy jechać jutro na zawody, podjechała nawet pod samą skocznię, żebyśmy wiedziały, gdzie potem wysiąść… Zmasakrowała nas uprzejmością i życzliwością!

Mika Laitinen

Mika Laitinen

Ville Kantee

Ville Kantee

Matti Hautamaeki

Matti Hautamaeki

Risto Jussilainen

Risto Jussilainen

Jani Soininen

Jani Soininen

Kolejne dwa dni spędziłyśmy głównie na skoczni Kulm. Większość zawodników biegała i rozgrzewała się w bocznej alejce, która w tamtych czasach nie była w żaden sposób odgrodzona od publiczności. Dla nas raj, zdobyłyśmy foty i podpisy praktycznie wszystkich skoczków świata, oprócz tego najbardziej ulubionego…

Masahiko Harada

Masahiko Harada, wtedy to on był najbardziej poważanym członkiem japońskiej ekipy, a Kasai był jego młodym kolegą ;)

Martin Schmitt własnie daje nam autograf :)

Martin Schmitt własnie daje nam autograf :)

A tutaj Martin podczas treningu.

A tutaj wbiega sobie w kadr :)

Przystojny i przeraźliwie chudy Sven.

Przystojny i przeraźliwie chudy Sven.

Sven Hannawald

Sven Hannawald

Na szczęście i na Goldbergera przyszła pora. Stałam sobie zrezygnowana i bez nadziei, bo zawody powoli dobiegały końca, ale w pewnym momencie wypatrzyłam Goldiego, który skierował się ku treningowej alejce. Został momentalnie rozpoznany i kilka osób poprosiło go o autograf, niestety odpowiedział, że nie ma teraz czasu, że może później… Och nein!!! – krzyczę w myślach – Nein!! Na szczęście moja siostra była bardziej ogarnięta i krzyknęła za Goldim: „przyjechałyśmy tobie kibicować z Polski, a moja siostra (to o mnie, to o mnie!) jest twoją największą fanką!”. Goldi wrócił truchtem i zapytał: „Aż z Polski”? Obdarzył nas przy tym pięknym uśmiechem i wymarzonym autografem. Wyciągnął z kieszeni jeszcze jedną niespodziankę: „autogrammkarten” z adresem! Nigdy listu nie wysłałam, ale kto wie, może jeszcze podziękuję mu za te wszystkie skoki i emocje.

No i na koniec Andreas Goldberger, sprawca zamieszania, a raczej motyw naszej podróży do Austrii :)

No i na koniec Andreas Goldberger, sprawca zamieszania, a raczej motyw naszej podróży do Austrii :)

Goldi

Goldi

Dokładnie w momencie wypisywania dla mnie autografu, yuuuupiiii :D

Właśnie teraz wypisuje dla mnie autograf, yuuuupiiii :D

Dowód rzeczowy nr 1

Dowód rzeczowy nr 1

Wieczorem czekała nas jeszcze jedna niespodzianka – gospodyni zaprosiła wszystkich gości pensjonatu na pogaduchy, drinka i poczęstunek. Okazało się, że taki wieczorek i rodzinna atmosfera to tutaj norma. Zresztą większość gości to byli stali bywalcy, wszyscy twierdzili, że u Rosie czują się jak w domu. Również my czujemy podobnie.

Nie obyło się bez wspinaczki na skocznię Kulm.

Nie obyło się bez wspinaczki na skocznię Kulm.

Następnego dnia o świcie miałyśmy pobudkę. Rosie wstała przed nami, przygotowała nam śniadanie, a sama poszła odśnieżać podjazd. Odwiozła nas na dworzec o 5 rano… A przecież nie musiała – instytucja taksówek działa w Austrii jak najbardziej sprawnie. Po kilku godzinach jazdy wysiadłyśmy w Wiedniu. Mając w zapasie sporo czasu, ruszyłyśmy na spacer po stolicy Austrii. Nie obyło się bez wizyty w księgarni i zakupie książki Goldbergera. Nigdy nie nauczyłam się niemieckiego, więc jej zawartość nadal jest dla mnie zagadką.

Od czasów „małyszomanii” nie jeździłam na skoki. Mnie te przeolbrzymie tłumy w Zakopanem i na skoczniach świata bardziej przerażały niż kusiły. Z tego co zaobserwowałam, skoczkowie nie są już tak „ogólnodostępni” dla kibiców, a wręcz coraz bardziej izolowani, co przy obecnych ilościach fanów na skoczniach w pełni rozumiem. Na zdobywaniu autografów już mi nie zależy, ale troszkę szkoda, że skończyły się czasy, kiedy można było oglądać skoki stojąc obok Brendena, Kantee czy Soininena. Na szczęście mam jeszcze jedno wielkie marzenie związane ze skokami i myślę poważnie, by kiedyś je spełnić.

Dodam, że wszystkie te wypady na skoki nie doszłyby do skutku, gdyby nie moja kochana siostra!Także z tego miejsca jeszcze raz, tym razem publicznie, dziękuję Ci za to! Sis, spodziewałabyś się wtedy, że kiedyś będę opiewać Twe zasługi i podziękuję na forum? 🙂

Epilog

Niemal po roku, dostałyśmy na święta kartkę z życzeniami od Rosie! Ach ta Austria…

 

Jeśli Wy również przeżyliście szok kulturowy podczas podróży to koniecznie napiszcie o tym!!

 

 

9 comments

  1. Hmm czyżbyś marzyła o samodzielnym skoku na nartach z mamuciej? 😀 Co do wyjazdu, autografu – oh, Ty szczęściaro! 🙂 Jest teraz co miło wspominać 🙂 Pozdrawiam 🙂

    • Wieczna Tułaczka

      Jasne! Jak będę miała myśli samobójcze, to skok z mamuta jak znalazł 😉 I faktycznie jest teraz co wspominać, pozdrawiam 🙂

  2. Fajnie się czytało jak zwykle, pomysł rzeczywiście trochę szalony, ale najważniejsze, że zrealizowany. 🙂 Przejeżdżałem w tamtym roku koło tej skoczni. No ale teraz różnica między Polską a Austrią to aż taka nie jest jak wtedy i w Twoim opisie. Chociaż nadal jest, ale nie aż tak. Ja w tamtym roku to szok przeżyłem gdzieś na stacji benzynowej w takim małym fajnym miasteczku Bad Aussee, jak chciałem kupić papierosy i ładnie po angielsku poprosiłem, a Pani zaczęła mi mówić, po tym ich śmiesznym niemiecku, którego nie rozumiem i coś tam tłumaczyć. Zmieszany odpowiedziałem… „yyyyyyyyyyyyy” Na co ona: to mocne czy słabe chce pan te Marlboro? 😀 No i za dwa dni jak tam poszedłem to już od razu zapytała po polsku czy mi piwo otworzyć. 😀 A co do gospodarzy naszego pola namiotowego, a przy okazji kwatery, to byli przemili naprawdę, kij z tym, że ich nie rozumieliśmy, ale bardzo ładnie się co chwilę uśmiechali i nam machali. 😛

    • Wieczna Tułaczka

      Wiadomo, że teraz różnice nie są tak wyraźne – wtedy były wręcz namacalne 🙂 Zazdroszczę Ci wakacji w Salzkammergut, jak byłeś w Bad Aussee, to i pewnie Hallstatt sobie pooglądałeś. Ludzie są tam faktycznie przemili i nie do zrozumienia – ten ich zmiękczony poniemiecki akcent sprawia, że ciężko ich zrozumieć, nawet jeśli dobrze po angielsku nawijają. Salzkammergut to jedno z moich marzeń, jak na razie widziane z okien pociągu 🙂

  3. Trzeba spełniać swoje marzenia , nawet te najbardziej szalone 😉
    Podziwiam Waszą pomysłowość i wytrwałość

  4. Ja przeżyłam szok kulturowy w podróży do Berlina. To było pod koniec lat 90-tych, u nas jeszcze galerie handlowe to był śmiech na sali, a tam wielkie kilkupiętrowe domy towarowe, w których dekoracje (fontanny, instalacje świetlne) zwalały na kolana. Do tego pełno kolorowo ubranych ludzi na ulicach. Nie wspomnę nawet o drogach, bo chyba wiadomo o co chodzi 🙂 Różnica była naprawdę widoczna!

  5. Ja byłem w Berlinie na początku lat 90. z ciocią i poszliśmy wtedy do marketu (w Polsce wtedy nie było, przynajmniej w moim regionie). Ciocia nic nie kupiła i próbowała wyjść z sali przez te kręcące samoblokujące się wejście 🙂 Tak się szarpała, że zjawili się ochroniarze, którzy próbowali jej po niemiecku wytłumaczyć, że tędy nie wyjdzie! A myśmy z bratem kulali się ze śmiechu – przezabawnie to wyglądało 😀

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*


*

Scroll To Top
bahis siteleri albet
Kocaeli Escort Bakırköy escort kaçak bahis siteleri milanobet kaçak iddaa

kartal escort Pendik escort gay porno Wso shell Escort kusadasi

escort izmit , escort samsun , escort ankara , eskisehir escort ,