Uwaga, uwaga, macie przed sobą setny wpis na blogu! 🙂 Postanowiłam uczcić ten mały jubileusz nie słowem a obrazem, a ściśle mówiąc większą ilością obrazków jak słów. Chociaż kiepsko mi idzie, bo jak widać, już na wstępie zaczęłam paplać 😉 Wracając do sedna, przedstawię Wam zdjęcia z moich ukochanych Tatr, a dokładnie z wycieczki na Halę Gąsienicową. Okrąglutki tatrzański post to nie dzieło przypadku – nie mogłam pozwolić, by jakaś inna kraina ukoronowała moje małe blogowe święto 🙂
Wycieczka do Doliny Gąsienicowej, mimo że nie miała nic wspólnego ze zdobywaniem górskich szczytów, zachowała się w mej pamięci jako jedna z trudniejszych w życiu… Wieczór wcześniej, całkiem przypadkiem spotkałam w Zakopanem koleżankę i jej belgijskiego towarzysza, więc spędziłam szaloną noc na Krupówkach. Towarzystwo było międzynarodowe i wypadało pokazać co najlepsze 😉 Rezultat był bolesny, a że na kaca ponoć najlepsza praca, tudzież świeże powietrze, postanowiliśmy wstać rano i ruszyć chociaż w doliny. Zapowiadana pogoda wróżyła samo zło: chmury, deszcze, kiepską widoczność, jednak uparłam się na spacer dla „zdrowotności” – padło na Halę Gąsienicową.

Przełęcz Między Kopami, zwana Karczmiskiem. S. K. Zaremba napisał o niej tak: „Są to jak gdyby wrota, przez które człowiek opuszcza rozbawioną dziedzinę dancingów, a wstępuje w poważny świat olbrzymów górskich”. My żeśmy niemal dosłownie tego doświadczyli 😉

Podziwialiśmy masyw Koszystej, Waksmundzki Wierch, Żółtą Turnię… co niektórych znacznie bardziej interesowały kosówki 😉

Poniektórzy bez należytej gloryfikacji i adoracji przebrykali przez Halę, za to z obłędem w oczach podbiegli kurcgalopkiem do wytęsknionej cywilizacji w Murowańcu… 😉
Nie będę wdawać się w szczegóły, być może pomijam najciekawszą część wycieczki, ale jakiś honor zachować trzeba 😉 Powiem tylko, że część składu doszła do Murowańca w bólach, a część nie 😉 Co niektórzy wypili piwko w schronisku, a co niektórzy nie mogli 😉 W każdym razie rekordów na trasie nie biliśmy, ale udało się „wylizać rany” i podejść nad Czarny Staw Gąsienicowy, a nawet ciut wyżej 🙂 Później przyszedł „Wielki Deszcz”, który znów zapędził nasze stadko pod dach schroniska. Na szczęście twarda postawa przewodzącego (czyli mnie) wobec wymęczonej grupy 😀 zaowocowała podejściem nad Zielony Staw Gąsienicowy. I to było na tyle. Kusił Kościelec, kusił Zawrat, zwyciężył zdrowy rozsądek. Grzecznie wróciliśmy do Zakopanego – w wyśmienitych nastrojach i znacznie zdrowsi 😀

Spojrzenie w stronę Granatów nie napawało jednak optymizmem, chmury były coraz bardziej gęste i ciemne…

Postanawiamy spojrzeć na staw z drugiej mańki 🙂 Nasza dzielność i siła woli nie miała tamtego dnia żadnych granic 🙂 Szybko też w głowie zapętliła się myśl: a może tak na Zawrat?

Ulewa z tych chmur szybko wybiła nam ten pomysł z głowy… Z podkulonymi ogonami wróciliśmy do Murowańca i przeczekaliśmy najgorszą zlewę.

Po kilku godzinach rozpogodziło się na tyle, że wytułaliśmy się na Halę 🙂 Było nam oczywiście mało wrażeń, więc wymyśliłam sobie spacer nad Zielony Staw 🙂

Wszyscy zachwyciliśmy się Doliną Zieloną Gąsienicową. Nasza przytępiona wrażliwość powoli wracała na swoje miejsce 😉

Zielony Staw Gąsienicowy posiada bardzo trafną nazwę, prawda? I to było finito, kolejna fala chmurzysk przepędziła nas z Doliny… Wysokich szczytów nie zdobyliśmy, ale i tak żeśmy setnie się bawili 😀
Jeśli Gąsienicowa Kraina Was urzekła to tutaj znajdziecie bardziej przyzwoitą relację z wycieczki na Halę: opis szlaku, trochę topografii oraz praktycznych informacji 🙂
Wychodzi na to, że jestem czasami strasznym leniem, bo przez Dolinę Jaworzynkę zawsze wracam 😉 Fajnie, że wybrałaś na setny wpis właśnie Gąsienicową 🙂 No i podziwiam, ja raz miałam okazję wędrować na dość konkretnym kacu i na tyle mi to zapadło w pamięci, że więcej jak do tej pory tego nie powtórzyłam. Pozdro! 🙂
Ja głównie przez Boczań wczodzę i schodzę, a Jaworzynka jest dla urozmaicenia 😉 Ja też się nauczyłam liczyć ilości alkoholu przed wyjściem w góry 😉 Pozdro 🙂
Ale zielono, oczu nie mogę oderwać 😀 Czasami niestety trzeba sobie odpuścić jakieś wyższe wyjścia, chociaż kusi… Ja ostatnio np. w piękny dzień musiałam się wracać z Jaworzynki z powodu mocnego przeziębienia. Co zrobić 🙂 Ale wycieczkę mieliście całkiem przyjemną 🙂
Bardzo ładne zdjęcia.
Fotki zrobione podczas takiej pogody mają swój urok 🙂
Hehe, dzień po jest męczący 😛 Ja staram się nie pić przed wyjściem w góy za dużo, bo chodzi mi się później tragicznie. Ale czasami i tak się zdarza 😉